Z marymonckich lat
| |
Z marymonckich lat wyniósł także wspaniałą przyjaźń. Przyjaźń dziwną, bo opartą na rywalizacji i stałym wzajemnym dopingu. Gdy „Parni" przyszedł do klubu, Witek był już obiecującym juniorem. Woyda drobny, ale pełen temperamentu, jak żywe srebro. Parulski długi, jakby flegmatyczny. Zupełnie odmienne typy. A przecież przypadli sobie do gustu i w myśl niepisanej umowy podjęli rywalizację, która doprowadzić ich miała do wielu sukcesów. Przede wszystkim sportowych, to jasne. Na tym polu nie lubili być sobie dłużni. Gdy w 1957 Witek awansował do reprezentacji Polski juniorów i wywalczył miejsce w finale młodzieżowych mistrzostw świata, dwa lata' później Rysiek przywiózł z Paryża tytuł mistrza świata juniorów. Gdy w 1960 Witek zrewanżował się 4 lokatą w finale olimpijskim, rok później Rysiek zdobył w Turynie tytuł najlepszego florecisty świata. Następny sezon znów był lepszy dla Witka - z Buenos Aires powrócił ze srebrnym medalem wicemistrza, ale riposta Ryśka była natychmiastowa. W Gdańsku podczas pamiętnych mistrzostw świata w 1963 skopiował wiernie argentyński wynik swego przyjaciela... Plonem tej przyjaźni i współzawodnictwa były nie tylko sukcesy na planszy. Ze studiami - historia podobna. Pierwszy zaczął Witek, już w 1957, ale Rysiek nie mógł długo pozostać w tyle.
| |