Tak było przecież w Rzymie
| |
Tak było przecież w Rzymie. Mały, nieznany jeszcze wówczas na szerszej arenie Polak napędził solidnego stracha tuzom światowego floretu. Olimpijski debiutant był o krok od medali. Pamięta ten szmer zainteresowania i uznania, gdy wychodził do finałowych pojedynków. Marmury i kryształy Pałacu Kongresowego, gdzie toczył się turniej, nie zdeprymowały młodego Polaka. Wiedział że Włosi potrafią celebrować szermiercze turnieje ze szczególnym pietyzmem. Wysoko ustawiona plansza w świetle jupiterów, wyfraczona publiczność na najdroższych miejscach. Sport czy ekskluzywne widowisko? Już wtedy mógł zdobyć medal, który wymykał mu się później na kolejnych igrzyskach. Zajął 4 miejsce, uznano go za rewelację. Ale przedtem sam najadł się strachu - dramatycznego barażu o ćwierćfinał nie zapomni nigdy. Potężny upał, na sali duszno i parno, pod maską i ciasno opiętym dresem strugi potu, a na planszy seria niezwykle zaciętych walk. I nokautujący werdykt sędziowski: czterech zawodników z identyczną ilością zwycięstw przystąpi powtórnie do walki. O jedno miejsce w ćwierćfinale. Węgier Kamuti, Włoch Cur-letto, Belg Verhalle i Woyda.
| |